bLO[G/K] o zWiERZeniaCH zWiERZ@

bo Te (LUx ΛÚKειον vel.on LÝKeion vel.on L[Y/U]Caon Pi[c/x]Tus) przeRÓŻne SOM

NieBOSSkie COME(n)[D/T]YpoMyje

https://it.wikipedia.org/wiki/Inferno_(Divina_Commedia)

 

Cyt.:
{ ENDOSPERM — NUTRITIVE TISSUE FOR EMBRYO I. ENDOSPERM AS THE RESULT OF DOUBLE FERTIZLIZATION IN ANGIOSPERMS (ANGIOSPERMEAE) A review is given on advances in endosperm research in angiosperms. Endosperm is a very important nutritive tissue for the developing embryo. In sexually reproducing angiosperms endosperm develops as a consequence of double fertilization when one of male gametes is introduced to the central cell of megagametophyte. Of the three types of endosperm: nuclear, cellular and helobial, the nuclear pattern of development is most common and occurs in plants of major economic importance, including the cereals. Recently research is focused on processes and mechanisms involved in endosperm development in species with the nuclear type of endosperm, including monocots (mainly cereals) and dicots (the model plant Arabidopsis thaliana). This model represents a highly conserved mode of nuclear endosperm differentiation with several stages: coenocytic, cellularization, differentiation, maturation and programmed death. In the differentiated endosperm four major cell types have been recognized: starchy endosperm, aleurone cells, transfer cells, and the cells of the embryo- surrounding region. The mechanisms involved in the first two stages of endosperm development are very conserved among all groups of angiosperms; they involve nuclear migration during coenocytic stage and cell wall formation by cytoplasmic phragmoplasts. Also specification of cell fates via positional signaling and genetic basis of endosperm differentiation are reported. Several other topics are presented, such as endosperm cytology, the nature and origin of endosperm dosage system, mutation fie in Arabidopsis that allows endosperm development without fertilization, and endosperm development in vitro after the fusion of an isolated sperm and isolated central cell.

 

ENDOSPERM – TKANKA ODŻYWCZA ZARODKA I. ENDOSPERM JAKO WYNIK PODWÓJNEGO NAWOŻENIA W ANGIOSPERMACH (ANGIOSPERMEAE) Dokonano przeglądu postępów w badaniach bielma u roślin okrytozalążkowych. Bielmo jest bardzo ważną tkanką odżywczą dla rozwijającego się zarodka. U roślin okrytonasiennych rozmnażających się płciowo bielmo rozwija się w wyniku podwójnego zapłodnienia, gdy jedna z gamet męskich zostanie wprowadzona do centralnej komórki megagametofitu. Spośród trzech rodzajów bielma: jądrowego, komórkowego i helobialnego, jądrowy wzorzec rozwoju jest najbardziej powszechny i ​​występuje w roślinach o dużym znaczeniu gospodarczym, w tym w zbożach. W ostatnim czasie badania koncentrują się na procesach i mechanizmach rozwoju bielma u gatunków z jądrowym typem bielma, w tym roślin jednoliściennych (głównie zboża) i dwuliściennych (roślina modelowa Arabidopsis THALIAna). Model ten reprezentuje wysoce konserwatywny sposób różnicowania bielma jądrowego z kilkoma etapami: koenocytowaniem, komórkowością, różnicowaniem, dojrzewaniem i zaproGRAmowaną śmiercią. W zróżnicowanym bielmie wyróżniono cztery główne typy komórek: bielmo skrobiowe, komórki aleuronowe, komórki przenoszące oraz komórki regionu otaczającego zarodek. Mechanizmy zaangażowane w pierwsze dwa etapy rozwoju bielma są bardzo konserwatywne wśród wszystkich grup roślin okrytozalążkowych; wiążą się z migracją jądrową w fazie koenocytarnej i tworzeniem ściany komórkowej przez cytoplazmatyczne fragmoplasty. Przedstawiono również specyfikację losów komórek poprzez sygnalizację pozycyjną i genetyczną podstawę różnicowania bielma. Przedstawiono kilka innych tematów, takich jak cytologia bielma, charakter i pochodzenie systemu dawkowania bielma, mutacja fie u rzodkiewnika (Rukwi skalnej) umożliwiająca rozwój bielma bez zapłodnienia oraz rozwój bielma in vitro po fuzji izolowanego plemnika i izolowanej komórki centralnej.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Kingsajz
http://medpr.imp.lodz.pl/Czwartorzedowe-zwiazki-amoniowe-nowe-zagrozenie-w-srodowisku-pracy,1815,0,1.html

cyt.:
„- Więc jakie – ciągnąłem – człowieka sprawiedliwego za życia spotykają nagrody i zapłaty, i dary ze strony bogów i ludzi, oprócz tamtych dóbr, które sprawiedliwość sama przyniosła, to by było to.

– To bardzo piękne rzeczy – powiada – i niezawodne.

– Ale to wszystko jeszcze nic – dodałem – jeżeli chodzi o ilość i o wielkość w porównaniu do tego, co czeka ich obu po śmierci. Trzeba o tym posłuchać, aby jeden i drugi z nich odebrał w skończonej postaci to, co mu się od naszej rozmowy usłyszeć należało.

(A teraz przychodzi mit końcowy: pierwowzór Boskiej komedii. Nagrody i kary doczesne nie zawsze trafiają tak, jakby wypadało i jakby się chciało w to wierzyć. A serce ludzkie pragnie widzieć ludzi sprawiedliwych w szczęściu, a niejedno serce mniej dobre pragnie widzieć zbrodniarzy na mękach. Tych pragnień nie zaspokaja życie, ale potrafi je zaspokoić fantazja. W stanie snu zjawiają się też nieraz marzenia senne, których treść spełnia pragnienia niezaspokojone w dzień, a na jawie fantazja artystów potrafi stwarzać obrazy – odpowiedniki marzeń sennych; treść ich spełnia tę samą rolę: koi pragnienia, którym życie odmówiło spełnienia. To znaczenie ma i końcowy mit platoński tutaj.

Pierwsze słowa przypominają Odyseję, ale zapowiadają inne widowisko niż tam, gdzie Odyseusz też zstępował pod ziemię, oglądać dusze zmarłych. Od początku opowiadania o Erze, synu Armeniosa, proza wpada w rytm. I słychać pomiędzy zdaniami jakby męskie akordy, uderzane na strunach. Trzeba to czytać powoli a po prostu.

Tok, forma i treść opowiadania ma charakter marzenia sennego. Wielka plastyka szczegółów, ale nie można ich żadną miarą konsekwentnie powiązać w konkretny model przestrzenny i czasowy – nie zejdą się. Pole widzenia z jednego momentu nie d się związać z polem widzenia z momentu następnego. Postacie zjawiające się w treści opowiadania są nieraz figurami symbolicznymi – to uosobione abstrakcje – obok ludzi pozbawionych znaczenia oderwanego. Postacie znane tylko z literatury i z mitu plączą się z osobami znanymi gdzieś z życia – akcja ma zabarwienie rozkoszne i straszne – na przemian i równocześnie – a kończy się nagłym wstrząsem jak przy obudzeniu się do jakiegoś huku albo blasku nagłego. W treści swobodna wędrówka pośród widowisk uroczych i okropnych, a tu i ówdzie jakieś natrętne, uparte wyliczenia i pomiary bardzo mętne.

Właśnie tak, jak to bywa w snach. Daremnie te pomiary kontrolować i objaśniać je, i sprawdzać na jawie. Nic z tego nie wychodzi i nie może wyjść, bo to jest właśnie charakterystyczne dla myślenia w snach. Ono nie zawsze da się powtórzyć i skontrolować na jawie, po przebudzeniu się.

Er, syn Armeniosa, to ten sam, który zaczyna u Słowackiego Króla Ducha, tylko Słowacki nie znał go z oryginału platońskiego, ale z francuskiego przekładu, i dlatego zrobił go przez pomyłkę Ormianinem, kiedy pisał:

Ja, Her Armeńczyk, leżałem na stosie, itd.

Dwie rozpadliny w niebie naprzeciw dwóch przepaści w ziemi – to będą chyba dwie szczeliny świecące między chmurami, bo trudno to zobaczyć inaczej.

Pierwsza scena przypomina nieco Sąd Ostateczny Michała Anioła. Dwa pionowe szeregi postaci ludzkich po lewej i po prawej i sędziowie pośrodku. Oczywiście, że Platon nie wziął tego z obrazu od Michała Anioła. Duchy mają tu formy cielesne, ubrań chyba nie mają, chodzą nogami po skałach i po chmurach. W niebie trzeba sobie też pomyśleć jakąś trwałą podstawę pod nogami dusz szczęśliwych, ale to nie jest w marzeniu sennym konieczne. Można we śnie chodzić i po powietrzu. Zbawieni mają na piersiach przewieszony wyrok sądu – prawdopodobnie dla orientacji władz niebieskich i dla rozpoznawania się nawzajem.

Potępieni noszą wyrok na plecach – jak dorożkarze warszawscy numer, ale to dla większej hańby. Bo odznakę przypiętą z przodu widzą tylko ci, których może widzieć i odznaczony – przypiętą tyłu czytają ci, o których nie wie naznaczony Jeżeli oznaka haniebna, hańba tym przykrzejsza.

Kary i nagrody zagrobowe powtarzają się co sto lat, aby w ciągu tysiącletniego żywota pośmiertnego mogły być dziesięciokrotne. O karach czytamy szczegóły – o nagrodach ogólniki.

Ci, co umarli niedługo po urodzeniu, sprawiają niejaką trudność w opowiadaniu, bo ani karać ich nie ma za co, ani nagradzać. Platon wie o tej trudności, ale ją pomija. Według wierzeń chrześcijańskich cieszą się takie dusze szczęściem naturalnym w tak zwanej Otchłani.

Opowiadanie nabiera rysów osobliwie konkretnych, kiedy się „dusze zmarłe” zaczynają pytać o znajomych po imieniu i pada nazwisko Ardiajosa.)

– Mów – powiada – przecież mało czego słuchałbym z równą przyjemnością.

– Ale ja ci nie opowiem – odrzekłem historii o Alkinoosie, tylko o dzielnym żołnierzu. Nazywał się Er, był synem Armeniosa, a rodem był z Pamfilii. Zginął kiedyś na wojnie, a gdy po dziesięciu dniach zbierano trupy, już zepsute, zabrano go w stanie świeżym, zaniesiono go do domu i miano go dwunastego dnia pogrzebać. Ale wrócił do życia leżąc już na stosie. Wróciwszy, opowiedział, co widział po tamtej stronie. Więc mówił, że gdy duch z niego wyszedł, zaczął iść wraz wieloma innymi, aż przyszli do jakiegoś miejsca nadziemskiego, gdzie były w ziemi dwie przepaście, sąsiadujące z sobą, a w niebie, na górze, inne takie dwie rozpadliny naprzeciw. A między nimi siedzieli sędziowie. Ci rozdzielili duchy na dwie gromady i sprawiedliwym pójść na prawo i na górę przez ten otwór w niebie, a każdemu przewiesili wyrok sądu z przodu. Niesprawiedliwym kazali iść na lewo i w dół. Ci mieli też – na plecach – świadectwo wszystkich swoich czynów. A kiedy on przyszedł przed sędziów, powiedzieli mu, że musi ludziom zanieść wiadomość o tym, co tam, i przykazali mu, żeby wszystkiego słuchał i oglądał wszystko, co się na tym miejscu działo.

Więc on widział, jak przez dwie rozpadliny, jedną w niebie a drugą w ziemi, odchodziły dusze po odbyciu sądu, a z dwóch innych przepaści wychodziły; z tej w ziemi okryte brudem i kurzem, a przez drugą schodziły z nieba dusze czyste. I te, które wciąż przybywały, wyglądały tak, jakby wracały z długiej wędrówki. Z radością odchodziły na łąkę, aby się na niej rozgościć jak na festynie; tam się witały z sobą te, które były znajome, i wypytywały się powracające z ziemi o to, co tam, a wracające z nieba pytały, jak tam u tych innych na ziemi. Więc opowiadały sobie nawzajem to i owo; jedne ze łzami i z jękiem wspominały, ile to i jak wielkich cierpień zaznały i widziały podczas wędrówki pod ziemią – wędrówka trwała tysiąc lat – a te znowu z nieba opisywały rozkosze i widoki niewypowiedzianej piękności. Długo by to wszystko opowiadać, Glaukonie; główna rzecz w tym, powiada, że za każdy grzech popełniony i za każdego pokrzywdzonego karę ponosili; za każdy punkt dziesięciokrotną – to znaczy: raz co sto lat, bo tak długo trwa życie człowieka – aby każdy dziesięciokrotną pokutą każdą zbrodnię odpłacił. Więc jeżeli ktoś wielu śmierci był winien, bo miasto wydał nieprzyjacielowi albo obóz poddał w niewolę, albo się do innego jakiegoś nieszczęścia przyczynił, szło o to, żeby za każdą taką rzecz dziesięć razy większe męki poniósł, a znowu ci, którzy drugim jakieś dobrodziejstwa wyświadczyli i byli sprawiedliwi i bogobojni, żeby tak samo zasłużoną nagrodę odnieśli.

A o tych, którzy niedługo po urodzeniu umarli i żyli krótki czas, mówił inne rzeczy, ale nie warto o nich pamiętać. A za bezbożność i pobożność, i za stosunek do rodziców, i za samobójstwo o jeszcze większych opowiadał odpłatach.

Bo mówił, że był przy tym, jak jeden drugiego pytał, gdzie jest Ardiajos, ten wielki. A ten Ardiajos był dyktatorem w jednym mieście w Pamfilii; kiedyś, jeszcze na tysiąc lat przed tym czasem. Ojca staruszka zamordował i starszego brata i dopuścił się wielu innych czynów bezbożnych, jak mówiono. Więc powiada, że zapytany odparł: „On nie nadchodzi i on tu, zdaje się, nie przyjdzie wcale. Bośmy i to oglądali pośród tych strasznych widowisk. Kiedyśmy już byli blisko wyjścia i mieliśmy co tylko wyjść na górę – a tyleśmy się już byli nacierpieli – nagle zobaczyliśmy jego i innych z nim. Byli tam i jacyś ludzie prywatni też – z tych, co wielkie grzechy mieli za sobą.

(Straszne widowisko, kiedy diabli cierniami czeszą dyktatora, a przepaść ryczy, kiedy z niej potępieńcy chcą wychodzić. Można się dorozumiewać, że obciążeni bardzo wielkimi grzechami idą na męki wieczne do Tartaru. A inni odbywają rodzaj czyśćca.

Po kilku dniach wędrówki odbytej gdzieś chyba po ziemi dochodzą dusze tam, skąd widać dobrze budowę wszechświata. Nasz świat ma stanowić olbrzymią wydrążoną kulę obwiązaną pasmem światła. Część górna tej kuli to będzie sklepienie niebieskie, a jej obwiązanie świetlne to zapewne droga mleczna. Tylko że to światło, opasujące świat, przebija kulę sklepienia niebieskiego w dwóch biegunach i wiąże oba bieguny nieba na wskroś poprzez wnętrze kuli niebieskiej i ziemi w postaci słupa świetlnego o barwach tęczowych. I ten słup świetlny można widzieć z ziemi – wtedy się pokazuje, że on chyba nie sięga od jednego bieguna nieba do drugiego, tylko jakby miał końce wolne, zwrócone ku środkowi ziemi i świata. Na tych wolnych końcach, a może na jakimś sznurze, zwisa wrzeciono Konieczności, motor obrotu nieba. Wrzeciono ma kształt odwróconego grzyba o bardzo wąskim trzonie i półkulistym kapeluszu, złożonym z ośmiu grubszych i cieńszych czasz półkulistych, wpasowanych dokładnie jedna w drugą. Wszystko razem podobne do kołotuszki, jaką u nas chłopi sprzedają na targach, do bączka albo do prawdziwego, starogreckiego wrzeciona. Wydrążone półkule, z których się składa jego głowa, nazywa Platon kręgami. Przekroje tych kręgów widać na płaskiej powierzchni głowy wrzeciona naokoło osi, w postaci barwnych współśrodkowych pierścieni kolistych. Że je widać na wrzecionie prawdziwym, to jasne, ale gdzie by należało stanąć na ziemi, żeby przekrój głowy tego wrzeciona zobaczyć, gdyby istniało, nie jest łatwo zgadnąć. W każdym razie musiałby to być widok z góry. a nie widok nad głowami. I jakim sposobem stalowy hak wrzeciona powiesić można na świetle -to jest też tajemnica snu. A czemu się poszczególne kręgi kręcą w różnych kierunkach? To ma odpowiadać ruchom słońca, księżyca i planet. To, że poszczególne kręgi mają odpowiadać poszczególnym planetom i gwiazdom stałym, też nie precyzuje dostatecznie obrazu. Tekst brzmi tak, jakby powierzchnia kręgu ósmego była powierzchnią ziemi i jakby można było z jakiejś góry na niej dojrzeć pierścienie koliste na przekroju wielkiej głowy wrzeciona, zwisłej ku dołowi. Ale jak tę oś obrotu świata oprzeć na kolanach Konieczności – trudno dojść. I gdzie do tego celu tę Konieczność umieścić? Wewnątrz świata – niepodobna, raczej gdzieś poza nim. Informacje o barwach i szybkościach obrotu poszczególnych kręgów są tylko rodzajem zmory matematycznej, jaka się w marzeniach sennych trafia, choć wiążą je z ruchami, barwami i jasnością poszczególnych ciał niebieskich. Zwrot: „tam u góry, na każdym kręgu chodzi Syrena”, jest sprzeczny z opisem dotychczasowym. Bo kręgi dotąd musiały być widziane z góry, na przekroju, jako płaskie, olbrzymie, poziome koła. A nie z dołu, jako krągły sufit nad ziemią. Było powiedziane, że kręgi ściśle pasują do siebie. W takim razie nie zmieści się pomiędzy ich wypukłości żadna Syrena i nie będzie miała którędy chodzić i śpiewać, względnie wydawać jednego tonu.

Widać, jak się głowa wrzeciona odwróciła jakoś i zdaje się tworzyć układ siedmiu współśrodkowych sklepień niebieskich nad głowami ludzi. I już są odstępy między tymi sklepieniami, aby Syreny miały którędy chodzić czy może pływać, bo chodzić na rybim ogonie jest trudno.

Tak samo nie ma tu wtedy miejsca dla trzech Mojr. Nie mogą siedzieć na ziemi. Taka Mojra utrzymana w proporcjach do ziemi, nie sięgnie wtedy kręgu zewnętrznego, a te, które mają obracać kręgi wewnętrzne, nie mogą same siedzieć na jednym z nich, to jest na ziemi, bo nie ruszyłyby ich z miejsca, gdyby same były na nich oparte. I jakie musiałyby mieć wymiary wszystkie trzy? Jak by wobec nich wyglądali sędziowie-mikroby i gdzie wtedy będą te szczeliny w niebie, przez które się sypie mrowie zbawionych? Daremnie o to pytać. To są pytania możliwe na jawie. Treść snu może być i najczęściej bywa sprzeczna wewnętrznie i to jest we śnie bardzo urocze i dla snu charakterystyczne; nie ma powodu łamać sobie głowy nad wykonaniem modelu tego świata, zgodnie z tekstem, który czytamy, ale czytamy w biały dzień i na jawie. To jest sen. i niech zostanie snem.)

Ci, kiedy już zamyślali wyjść na górę, wtedy ich paszcza przepaści wypuścić nie chciała, tylko wydawała ryk, ile razy ktoś z tych nieuleczalnych zbrodniarzy, albo ktoś, kto jeszcze swej pokuty nie odbył, próbował wyjść na górę.

Wtedy, powiada, ludzie dzicy, a od żaru na wskroś czerwoni, przypadli i rozumiejąc głos przepaści rozebrali jednych między siebie i zaczęli ich pędzić, Ardiajosowi zaś i innym związali ręce, nogi i głowę, przewrócili ich, zbili, powlekli na bok, z drogi, zaczęli ich czesać cierniami i dawać znaki przechodzącym, za co to, i pokazywali, że ich prowadzą na wrzucenie do Tartaru.

Przeżyły tam dusze wiele różnych strachów, ale ten strach był największy, aby głosu przepaści nie usłyszeć przy wchodzeniu na górę. Najchętniej każdy wychodził, kiedy przepaść milczała. Więc kary i pokuty były jakieś takie, a były i dobre rzeczy – tamtym wprost przeciwne.

Kiedy każdy z tych, co byli na łące, kończył swój siódmy dzień, musiał wstać i ósmego dnia ruszać w drogę, aby po czterech dniach przyjść tam, skąd widać z góry snop światła, przez całe niebo i ziemię rozpięty, niby słup, najbardziej do tęczy podobny tylko jaśniejszy i czystszy. Do tego światła doszli po jednym dniu drogi i zobaczyli tam przez środek światła z nieba napięte końce więzów niebieskich. Bo ono stanowi obwiązanie nieba, podobnie jak liny opasujące okręty trójrzędowe; w ten sposób światło wiąże całą obracającą się kulę. A między końcami jest napięte wrzeciono Konieczności, które wszystkie kule obraca. Którego oś i hak jest ze stali, a krąg zmieszany ze stali i z innych materiałów. A budowa kręgu jest taka. Kształt ma taki sam jak u wrzecion tutejszych. Według tego, co mówił, trzeba sobie przedstawić, że on jest taki: jak gdyby w jednym wielkim kręgu wydrążonym i przewierconym na wskroś, tkwił inny, taki sam, mniejszy, dokładnie się z nim stykający; tak, jak to wiadra czasem pasują i jedno dokładnie wchodzi w drugie. W ten sposób też trzeci krąg i czwarty, i jeszcze inne cztery. Bo osiem jest wszystkich kręgów, tkwiących jedne w drugich. Na górze widać ich przekroje okrągłe, tworzące ciągłą powierzchnię grzbietową jednego dużego kręgu naokoło osi. A ta oś przebija na wskroś krąg ósmy. Więc krąg pierwszy z zewnątrz ma w przekroju najszerszy pierścień kołowy, druga z rzędu jest szerokość szóstego, trzecia – czwartego, czwarta – ósmego, piąta – siódmego, szósta – piątego, siódma – trzeciego, a ósma – drugiego. I powierzchnia największego pierścienia jest upstrzona, powierzchnia siódmego najjaśniejsza, powierzchnia ósmego bierze swą barwę od światła kręgu siódmego, barwy drugiego i piątego są do siebie podobne, bardziej żółte od tamtych, trzeci krąg ma barwę najbielszą, czwarty czerwonawą, a drugi z rzędu co do białości jest pierścień szósty.

A kiedy się oś kręci, obraca się z nią całość tym samym ruchem, ale w tej obracającej się całości siedem kręgów wewnętrznych obraca się po cichu i powoli w kierunku przeciwnym obrotowi całości. Spośród nich najszybciej biegnie pierścień ósmy – potem wolniej, a ruchem równoczesnym, siódmy, szósty i piąty; trzecią z kolei szybkość obrotu – tak się im zdawało – posiada krąg czwarty, wirujący w stronę przeciwną. Czwartą prędkość ma trzeci, a piątą – drugi. A kręci się oś obrotu oparta na kolanach Konieczności. Tam u góry, na każdym kręgu chodzi Syrena obracająca się razem z nim i wydaje jeden głos, jeden ton. Wszystkie razem, a jest ich osiem, tworzą jeden harmonijny akord.

Jeszcze inne trzy postacie kobiece siedzą naokoło w równych odstępach, a każda ma swój tron: to Mojry, córki Konieczności, w białych sukniach, a przepaski mają na głowach. Lachesis, Kloto i Atropos. Śpiewają zgodnie z Syrenami. Lachesis o przeszłości śpiewa, Kloto o tym, co jest, Atropos o tym, co będzie. Kloto od czasu do czasu dotyka prawą ręką zewnętrznego kręgu wrzeciona i przyśpiesza jego ruch obrotowy, tak samo znowu Atropos lewą ręką popycha kręgi wewnętrzne. A Lachesis jedną i drugą ręką dotyka chwilami to jednych, to drugich.

Więc oni, kiedy tam przyszli, musieli zaraz iść do Lachesis. Wtedy ich naprzód jakiś prorok w porządku ustawił, a potem wziął z kolan Lachesis losy i okazy życia ludzkiego, wstąpił na mównicę wysoką i powiedział: „Oto Konieczności córa, dziewica Lachesis, mówi: Dusze jednodniowe, oto początek nowej wędrówki okrężnej rodu śmiertelnego, wędrówki kończącej się śmiercią. Nie was wybierać będzie duch; wy sobie będziecie sami ducha obierali. Kto pierwszy los dostanie, ten niech pierwszy wybiera życie -później już nieuchronne. Dzielność nie jest u nikogo w niewoli. Kto ją ceni więcej lub mniej, ten jej dostanie więcej albo mniej. Winien ten, co wybiera. Bóg nie winien”. To powiedziawszy, rzucił pomiędzy wszystkich losy i każdy podejmował ten, który mu padł u nóg. Tylko on jeden nie wybierał. Nie pozwolono mu. Kto los podniósł, ten widział, który numer dostał.

(Pokazuje się, że te Mojry nie są teraz znowu takie duże, skoro jakiś prorok, herold – ten się zjawił też, jak we śnie, nie wiadomo skąd – może wziąć z kolan Lachesis losy i okazy życia ludzkiego, a prorok zdaje się mieć wymiary zwykłego człowieka. Taka Lachesis nie sięgnie od środka świata do jego obwodu, gdyby szło o sięganie na jawie. W treści snu sięgnie bez trudności.

Mównica jest zapewne wykuta z kamienia. Prorok daje duszom mającym wejść w ciała i zacząć nowy żywot ludzki na ziemi do wyboru losy i okazy życia ludzkiego. Nie Bóg zsyła los, bo los bywa czasem zły. Bóg nie może być winien żadnego zła – zatem Platon woli wierzyć, że każdy sam jest winien swego złego losu. Taki los każdy sam sobie wybrał kiedyś, zanim się urodził, i taki musi znosić. Jeżeli wybrał los zły, to sam sobie winien. Niech ma pretensję do własnej głupoty, a nie do woli bożej. Zresztą, jeżeli chodzi o los, to nawet i mądry człowiek nie może sobie wybrać za światem losu dowolnego, bo tam wiele znaczy przypadek. Przecież prorok rozrzuca losy na chybił trafił, a każdy podejmuje taki, jaki mu padnie u nóg. Trudno.

Za to wybierać można przed urodzeniem do woli styl i rodzaj własnego życia, charakter i główne zajęcie, to, czym ktoś będzie na ziemi.)

Potem znowu typowe okazy życia ludzkiego rozłożył przed nimi na ziemi, a było ich znacznie więcej niż obecnych. I były różnorodne. Były tam żywoty zwierząt wszystkich i wszystkie żywoty ludzkie. Były między nimi i dyktatury – jedne dożywotnie a drugie złamane i kończące się ubóstwem, wygnaniem i nędzą. A były tam i żywoty mężów sławnych; z powierzchowności, z piękności i z innej mocy, i z rywalizacji zwycięskiej, znamienitych rodem i cnotami przodków, a także ludzi niesławnych. Tak samo również i kobiet.

Dusze nie były tam uszeregowane. Dlatego że z konieczności każda musiała się stawać inna, jeżeli inny typ życia wybrała. Zresztą były tam losy i pomieszane z sobą, i pomieszane z bogactwem i z ubóstwem, jedne z chorobami, drugie ze zdrowiem, a były i losy pośrednie.

Zdaje się, że tam właśnie, kochany Glaukonie, największe niebezpieczeństwo ludzi czeka, i dlatego najwięcej trzeba się starać, żeby każdy z nas, mniej dbając o inne nauki, szukał i tę studiował, jeżeli się jej skądeś nauczyć potrafi, i potrafi znaleźć kogoś, kto go nauczy żywot dobry i żywot zły rozpoznawać i spośród żywotów możliwych zawsze i wszędzie żywot lepszy wybierać.

Więc trzeba szukać podobieństw we wszystkim tym, co się teraz mówiło, i zestawiać te rzeczy, i rozbierać stosunek życia do dzielności, i wiedzieć, co dobrego albo co złego wywołuje piękność pomieszana z ubóstwem albo z bogactwem, i na tle jakiego stanu duszy to się dzieje, i jak na siebie wpływają pochodzenie wysokie i życie prywatne, i udział w rządzie, i siła, i brak siły, i wysokie wykształcenie, i brak wykształcenia, i wszystkie takie rzeczy, które z natury swej mają związek z duszą. A jeśli się do nich domieszają jakieś cechy nabyte, to jak to wszystko wzajemnie wpływa na siebie. Tak, żeby opierając się w rachunku na tym wszystkim, móc wybrać, mając naturę duszy na oku, żywot gorszy albo żywot lepszy. Gorszym nazywając żywot, który duszę zaprowadzi do tego, że się stanie mniej sprawiedliwa, a lepszym ten, przez który będzie sprawiedliwsza. O wszystko inne mniejsza. Widzieliśmy i widzimy, że dla żywego i dla umarłego ten wybór jest najważniejszy.

Trzeba to przekonanie mieć w sobie twarde jak stal i tak do Hadesu iść, aby i tam człowieka nie zbijały z tropu bogactwa i tym podobne zła, żeby nie popaść w dyktatury i w inne tego rodzaju praktyki, i nie spowodować wielu i nieuleczalnych nieszczęść, a samemu jeszcze większych nie doznać, ale umieć zawsze wybierać między tymi ostatecznościami życie pośrednie i unikać przesady z jednej i z drugiej strony – już i w tym życiu, ile możności, i w każdym życiu następnym. W ten sposób człowiek najpełniejsze szczęście osiąga.

Więc tak i wtedy tam, jak mówił ten, co przyniósł wieści z tamtych stron, odezwał się prorok w ten sposób: „Choćby kto i ostatni wszedł, to, jeśli rozumnie wybrał i potrafi w życiu tak struny napinać, żeby harmonijnie brzmiały, czeka go życie przyjemne, a nie złe. Ten, kto pierwszy wybiera, niech nie będzie lekkomyślny, a kto ostatni, niech nie traci otuchy”.

(Kto tam wybiera lekkomyślnie, bo ulega pokusom chciwości lub ambicji, musi potem cierpieć za życia. Ale powinien mieć żal tylko do samego siebie.

Co prawda, to można by się w administracji zaświatów spodziewać jakiejś opieki nad naiwnymi, jakiegoś poradnika dla wybierających tam na miejscu, aby ludzie dobrzy, a tylko nie bardzo mądrzy, nie wpadali tak fatalnie jak ten poczciwiec, który z nieba wracał, a wpadł w samą dyktaturę i musiał potem własne dzieci zjadać, choć tego przedtem nie lubił. Ale tego Platon nie przewiduje i zostawia sferom niebian rys pewnego chłodnego podstępu i kuszenia naiwnych, po czym następują kary straszliwe w stosunku do przewinienia. Rys często przypisywany bóstwom – bez żadnej ujmy dla ich czci. Człowieka by taki rys nie ozdobił.

Przy wyborze przyszłego życia kierują się dusze doświadczeniami z żywotów poprzednich. Widocznie nie wszystko zapominają, co kiedyś przeżyły. I tak, śpiewak Orfeusz wybiera żywot łabędzia, bo zostało mu zamiłowanie do śpiewu, a łabędź ma pięknie śpiewać przed śmiercią. I woli przyjść na świat z jaja ptasiego, niż mieć matkę kobietę, bo miały go niegdyś rozszarpać Bachantki, które swym głosem czarował.

Śpiewak Tamyraz przegrał w sporze z Muzami własną twarz. W nowym życiu wolał zachować piękny śpiew, a powierzchownością nie zwracać uwagi. I Ajaks nie chce już być człowiekiem -obrażony, że mu zbroi Achillesa nie przyznano. I Agamemnon nie może zapomnieć Klitemnestry i Ajgistosa – woli być orłem niż człowiekiem. Atalanta biegała lepiej niż mężczyźni. Ambicja skierowała ją na bieżnię. Epejos, syn Panopeusa, zbudował konia trojańskiego, a Tersytes to złośliwy błazen znany z Homera.

Dusza mądrego Odyseusza pokazuje swoim wyborem, że dla mądrego człowieka więcej warte jest ciche życie prywatne, dające możność inteligentnej pracy, niż kariera polityczna. Tym obrazem musiał się i Platon sam pocieszać.

Ponieważ ludzie często bywają ze swego losu i z typu swego życia niezadowoleni, więc żeby żaden nie mógł zejść ze swego toru, musi sobie każdy wybrać za światem Anioła Stróża i ten go już potem przez całe życie pilnuje – nieuchronnie. Bieg życia raz obranego na tamtym świecie jest nieodwracalny i ujęty w stalowe ramy konieczności. Podobnie jak bieg wszechświata. Platon jest deterministą, jeżeli chodzi o ten świat i o to życie. Pewne pozory indeterminizmu przeniósł na okres przed urodzeniem się człowieka. Powtórzył to Kant po paru tysiącach lat, ale znacznie nudniej.

Pewna miara beztroski i zapomnienia potrzebna jest i duszom bezcielesnym, i ludziom żyjącym w ciele. Beztroski nigdy człowiek nie ma dość, ale tylko głupi nie ma żadnych trosk i zapomina o wszystkim.

W ostatnim momencie duchy na głos grzmotu i trzęsienia ziemi rozpryskują się jak meteory i lecą wtedy w górę, ku narodzinom. Znaczyłoby to, żeśmy jednak byli z nimi pod ziemią, a nie na ziemi. A pamiętamy, że scena się rozpoczęła w okolicy pustej nad Rzeką Zapomnienia.

Ale i to zagadnienie nie jest ważne w treści snu. Takie rzeczy, jak pod ziemią czy nad ziemią, można w marzeniu sennym przeżywać równocześnie – bez skrupułu.

Państwo zmarłych było państwem Hadesa, a Hades mieszkał pod ziemią. Bo pod ziemią grzebano ciała umarłych, a choć je też palono na stosach – popioły wracały do ziemi. Tam, skąd przyszły. Nie ludzie.

Dzieło kończy krótkie, pogodne, pełne otuchy życzenie – w tonie modlitwy.

Czy Platon sam wrócił drugi raz na świat, jak sobie to kiedyś marzył – nie wiadomo. Ale że jego myśli i słowa po dwóch i pół tysiącach lat wędrówki wracają na nowo do obiegu, do życia i grają jak dawniej – to pewne.)

Po tych słowach, powiada, ten, który pierwszy losował, natychmiast podszedł i wybrał największą dyktaturę. Głupi był i żarłok wielki, więc nie rozpatrzył dobrze wszystkiego przy wyborze i nie zauważył, jakie tam przeznaczenie było w środku: miał własne dzieci pożerać. Inne nieszczęścia czekały go też. A kiedy się przy wolniejszej chwili nad tym zastanowił, zaczął się sam bić pięściami i głośno narzekać na swój wybór – nie zapamiętał i nie trzymał się tego, co z góry mówił prorok. I nie sobie samemu przypisywał swoje nieszczęścia, tylko obwiniał los i duchy, i wszystko inne raczej, zamiast samego siebie. A to był jeden z tych, którzy z nieba wracali, i w poprzednim życiu żył w państwie dobrze urządzonym i charakter miał dobry, tylko nie był filozofem. Żeby tak powiedzieć, to przy takiej sposobności wpada bardzo wielu z tych, co z nieba wracają, bo nie mają ćwiczenia, nie nawykli do trudów i przykrości.

A ci liczni, którzy wracają z ziemi, przez to, że i sami dużo przeszli i napatrzyli się drugim, nie wybierają tak z pierwszego rozpędu. I dlatego też wiele dusz spotyka odmiana zła i dobra, a bywa, że i los tak pada. Bo jeżeli ktoś zawsze, ile razy na ten świat przychodzi, filozofią się zajmuje zdrowo, a los mu jakoś nie wypadnie ostatni, ten zgodnie z tym, co tam głoszą, nie tylko tu będzie szczęśliwy, ale i wędrówkę stąd tam i z powrotem będzie miał nie po ziemi i ciężką, tylko lekką i po niebie.

To widowisko, powiada, warto było zobaczyć, jak to dusza swoje życie wybierała. Można było widzieć i taką, co budziła litość, i widzieć śmieszną i podziwu godną. Bo po większej części dokonywały wyboru zgodnie z nawykiem z poprzedniego życia.

Powiada więc, że widział duszę niegdyś Orfeusza, jak wybierała żywot łabędzia przez odrazę do płci żeńskiej. Orfeusz poniósł śmierć z ręki kobiet, więc nie chciał przychodzić na świat przez ciało kobiety. I widział duszę Tamyrasa, jak wybiera żywot słowika. A widział też łabędzia, który dla odmiany postanowił wybrać życie człowieka, a inne muzykalne zwierzęta tak samo. Dwudziesta z rzędu dusza obrała życie lwa. A ta była Ajaksa, syna Telamona. Nie chciała się stawać człowiekiem; pamiętała ten sąd, który rozstrzygał o zbroi. A po niej dusza Agememnona. Ona też z odrazy do rodzaju ludzkiego i przez przebyte cierpienia wolała się w orła przemienić. Gdzieś pośrodku losowała dusza Atalanty. Zobaczyła zaszczytne odznaki atlety i nie umiała przejść mimo – wzięła swój los. A potem widział duszę Epeijosa, syna Panopeusa, jak weszła w naturę kobiety o zdolnościach do techniki. A dalej, pośród ostatnich, zobaczył duszę tego błazna Tersytesa, jak wstępuje w ciało małpy.

Przypadkiem dusza Odyseusza losowała na samym końcu. Już szła do wyboru, ale, przypomniawszy sobie minione trudy przez żądzę sławy poniesione, dała pokój ambicjom i chodząc długo tędy i owędy szukała losu człowieka prywatnego, który by miał czas wolny. Z wielką trudnością go znalazła. Leżał gdzieś tam, porzucony, bo inni go nie chcieli. Zobaczywszy go, powiedziała, że i za pierwszym razem byłaby też ten los wybrała, więc teraz podjęła go z radością.

Dusze wielu zwierząt przechodziły w ludzi i przechodziły jedne zwierzęta w drugie. Niesprawiedliwe dusze wstępowały w zwierzęta dzikie, a sprawiedliwe przemieniały się w zwierzęta łagodne – odbywały się wszelkie możliwe przemiany.

Więc skoro wszystkie dusze żywoty sobie wybrały, zaczęły po porządku, jak która losowała, podchodzić do Lachesis. Ona każdemu przydzielała ducha, którego sobie każdy wybrał i posyłała go wraz z nim, aby był stróżem ludzkiego życia i dopełniał tego, co sobie każda dusza obrała. Duch opiekuńczy naprzód prowadził duszę do Kloto – pod jej rękę obracającą oś wszechświata, aby zatwierdzić los obrany. A gdy jej dotknął, wiódł duszę tam, gdzie Atropos przędła, aby nić przeznaczenia uczynić nieodwracalną. Stamtąd, nie odwracając się sam, szedł pod tron Konieczności, minął go, a skoro i inni tamtędy przeszli, skierowali się wszyscy na Dolinę Zapomnień poprzez upał i żar okropny. Tam nie było drzew ani czegokolwiek, co ziemia wydaje. A że już się miało ku wieczorowi, więc rozłożyli się obozem nad Rzeką Beztroski – wody tej rzeki żadne naczynie nie utrzyma. Pewną miarę tej wody każdy koniecznie wypić musiał. Których rozum od tego nie ustrzegł, pili ponad miarę. A kto ją pija wciąż, ten zapomina o wszystkim.

Kiedy się pokładli spać i nadeszła północ, odezwał się grzmot i przyszło trzęsienie ziemi. Wtedy w mgnieniu oka rozleciały się duchy na wszystkie strony w górę, ku narodzinom; rozprysły się jak gwiazdy. Jemu samemu nie pozwolono pić tej wody. A jakim sposobem i którędy znalazł się znowu w ciele, nie wiedział. Tylko że nagle oczy otworzył; było rano i zobaczył, że już leży na stosie.

W ten sposób, Glaukonie, ten mit ocalał i nie zginął. Może on i nas ocali, jeżeli go posłuchamy i poprzez Rzekę Zapomnień szczęśliwie przebrniemy, a nie splamimy duszy. Jeżeli posłuchamy mego zdania, będziemy uważali, że dusza jest nieśmiertelna i potrafi wszelkie zło przetrzymać i wszelkie dobro, więc będziemy się zawsze trzymali drogi wzwyż i na wszelki sposób sprawiedliwość z rozumem w czyn wprowadzali, abyśmy byli mili i sobie samym, i bogom; i tutaj, trwając na miejscu, i wtedy, gdy nagrodę za to weźmiemy jak ci, co w zawodach zwycięstwo odnieśli i biorą nagrody, stąd i stamtąd, więc, żeby nam i z nami, i tu, i w tysiącletniej wędrówce, którąśmy przeszli, zawsze było dobrze.”

„Państwo” Platon; Księga X; 614 A

 

„Wodór zalega, jak wiemy, wzdłuż płaszczyzny Galaktyki wąską warstwą o grubości w okolicach Słońca równej około 200 ps. Grubość tej warstwy maleje ku środkowi Galaktyki i w odległości 1-3 kps od centrum układu jest mniejsza od gęstości w pobliżu Słońca. Wodór neutralny zachowuje się tam bardzo zagadkowo: oprócz ruchu obiegowego wokół środka Galaktyki (rotacja galaktyczna) obłoki jego oddalają się w płaszczyźnie Galaktyki od jądra z prędkościami dochodzącymi do 200 km/s. W szczególności istnieją przesłanki świadczące, że oddalają się te części wodorowych ramion spiralnych, które przebiegają w pobliżu środka Galaktyki (w odległości 2-3 kps). Wysuwano nawet przypuszczenia, że owa gwałtowna ekspansja gazu z jądra Galaktyki jest zjawiskiem odnoszącym się do całej materii międzygwiazdowej w naszym systemie galaktycznym: w pobliżu jądra miałaby ona być niezwykle gwałtowna, w częściach bardziej zewnętrznych znacznie powolniejsza( rzędu kilku kilometrów na sekundę) i dlatego trudniej tam zauważalna. Gdyby istotnie tak było, musielibyśmy przyjąć, że materia międzygwiazdowa jako całość wypływa z jądra Galaktyki w kierunku peryferii.

Dokonano również obserwacji w linii 21 cm, które zdają się wskazywać, że jądra naszej Galaktyki wyrzucane są (mniej więcej prostopadle do płaszczyzny Galaktyki) dwa, przeciwnie skierowane strumienie obłoków wodorowych. Prędkości wyrzutu tych obłoków sięgają kilkuset kilometrów na sekundę. Być może jest to rezultat wybuchu w jądrze naszej Galaktyki, podobnego do wybuchów obserwowanych w jądrach niektórych innych galaktyk. W czasie takiego wybuchu gaz z jądra jest wyrzucany z dużą prędkością na zewnątrz. Gdyby ta hipoteza odpowiadała prawdzie, to z obserwowanych prędkości obłoków i ich odległości od jądra Galaktyki można by wydedukować, że wybuch nastąpił około 10 mln lat temu, a zatem bardzo niedawno w skali życia Galaktyki (może zatem takich wybuchów w czasie życia Galaktyki było już wiele?). Ten sam ostatni wybuch mógłby też być odpowiedzialny za wspomniane oddalanie się od jądra, wodoru neutralnego w płaszczyźnie galaktycznej. Nie umiemy wyjaśnić natury tych zjawisk; potwierdzają one tylko przeczucia wielu astronomów, że jądra galaktyk są siedliskiem nieznanej, gwałtownej aktywności, która po lepszym poznaniu być może całkowicie zrewolucjonizuje nasze wyobrażenia o powstawaniu gwiazd i ewolucji Galaktyki.

W partiach Galaktyki leżących dalej od centrum niż nasze Słońce gęstość gazu międzygwiazdowego powoli maleje w kierunku ku peryferiom. Praktycznie owa płaska warstwa materii międzygwiazdowej, rozciągająca się wzdłuż płaszczyzny równika galaktycznego, kończy się w odległości 15-20 kps od środka Galaktyki. Gęstość przestrzenna gwiazd jest tam również niezmiernie mała w porównaniu z gęstością w okolicach Słońca. Można przyjąć, iż odpowiada to „granicy” Galaktyki, oczywiście „granicy” niezwykle rozmytej i trudnej do określenia.

W tych najbardziej od środka odległych rejonach wodór międzygwiazdowy wykazuje znów pewną anomalię. Oto warstwa materii międzygwiazdowej do odległości około 12 kps ciągnie się wzdłuż płaszczyzny galaktycznej, a w dalszych odległościach zaczyna się od niej odchylać, po jednej stronie Galaktyki w kierunku przeciwnym niż po drugiej. Przypomina to płaski talerz, którego brzeg jest po jednej stronie wywinięty w górę, a po drugiej w dół. Natura tego zjawiska jest również nieznana. Były wysuwane przypuszczenia, iż deformacja ta spowodowana jest „płynięciem” naszej Galaktyki w niezmiernie rozrzedzonym gazie międzygalaktycznym albo działaniem przypływowym np. Obłoków Magellana.

Rozkład przestrzenny zbliżony bardzo do rozkładu materii międzygwiazdowej wykazują asocjacje gwiazd wczesnych typów widmowych (O i B) i te gromady otwarte, które zaliczamy do najmłodszych. Zalegają one równie wąską (200 ps) warstwą wzdłuż płaszczyzny galaktycznej i – o ile można to stwierdzić – układają się wzdłuż ramion spiralnych utkanych z wodoru. Nie wiadomo natomiast, czy liczba tych obiektów w pobliżu jądra Galaktyki jest mniejsza niż w pobliżu Słońca, jak by to wynikało z analogii z rozmieszczeniem wodoru. Pewną wskazówką potwierdzającą ten efekt jest brak jasnych gorących gwiazd w jądrach innych galaktyk spiralnych. Jadra te z reguły składają się z gwiazd przypominających obiekty zrzeszone w gromadach kulistych.

Wszystko to sugeruje, że gaz międzygwiazdowy i te obiekty gwiazdowe, które zaliczamy do tworów młodych, występują zawsze w ścisłym powiązaniu. Nie ma w tym nic dziwnego w świetle teorii, że gwiazdy powstają z materii międzygwiazdowej; w myśl tej teorii młode gwiazdy muszą zawsze występować w bezpośrednim sąsiedztwie chmur materii międzygwiazdowej, z której się wyłoniły. Ze względu na płaskie ułożenie tych obiektów wzdłuż płaszczyzny równika galaktycznego obejmuje się je łączną nazwą płaskiego podsystemu galaktycznego.

Termin „podsystem” ma w zasadzie zakres znaczeniowy zbliżony do zakresu terminu „populacja”, wprowadzonego przez Baadego. Różnica polega na tym, że używając słowa „populacja” akcentuje się, przede wszystkim wspólne pochodzenie i podobny skład chemiczny, natomiast termin „podsystem” sugeruje zbliżone rozmieszczenie przestrzenne i podobny charakter ruchów. Obie te grupy cech są ze sobą związane: gwiazdy o stosunkowo dużej zawartości pierwiastków ciężkich i powstałe niedawno (populacja I) charakteryzują się „płaskim” rozmieszczeniem i ruchami typowymi dla gwiazd „powolnych”, tzn. prawie kołowymi orbitami wokół środka Galaktyki i małymi składowymi prędkościami Vz (podsystem płaski). Gwiazdy o małej zawartości pierwiastków ciężkich, powstałe w pierwszej fazie „życia” Galaktyki (populacja II), charakteryzują się „sferycznym” w stosunku do środka Galaktyki rozkładem gęstości i ruchami takimi jak gwiazdy „szybkie”, tzn. nieuczestniczeniem w rotacji galaktycznej i dużymi prędkościami Vz (podsystem sferyczny).

Początkowa klasyfikacja Baadego, dzieląca wszystkie obiekty w Galaktyce na dwie populacje zgodnie z omówionym wyżej schematem, okazała się nie wystarczająca w miarę napływu nowych obserwacji. Można ją traktować tylko jako pierwsze przybliżenie: w rzeczywistości nie ma ostrej granicy między gwiazdami populacji I i populacji II czy też między podsystemem płaskim a podsystemem sferycznym. Istnieje cała grupa obiektów (gwiazd) o charakterystykach pośrednich, tak iż nie jest wykluczone, że zachodzi ciągłe przejście od gwiazd populacji I do gwiazd populacji II. Ostatnio astronomowie posługują się schematem klasyfikacyjnym zawierającym aż pięć populacji: od skrajnej populacji I poprzez populacje pośrednie do skrajnej populacji II (zwanej populacją halo galaktycznego). Liczba wprowadzonych populacji jest rzeczą drugorzędną. Ważne jest, że idąc od skrajnej populacji I do skrajnej populacji II zmienia się w sposób systematyczny szereg istotnych charakterystyk gwiazd: skład chemiczny, wiek, stopień koncentracji ku płaszczyźnie równika galaktycznego, stopień koncentracji ku środkowi galaktyki, charakter ruchów.

Dla przykładu podamy, że do skrajnej populacji I zalicza się gwiazdy O i B, cefeidy tzw. klasyczne i gaz międzygwiazdowy. W skład populacji pośrednich wchodzi gros gwiazd późnych typów widmowych, nie stowarzyszonych w gromady stanowiące większość masy naszej Galaktyki. Do tej samej grupy należy również nasze Słońce. Są to wszystko gwiazdy znaczenie starsze od obiektów skrajnej populacji I. Jeśli te ostatnie powstały przed najwyżej kilkudziesięciu milionami lat, to wiek obiektów populacji pośrednich zawiera się pomiędzy 100 mln i 5 mld lat. Z tych gwiazd zbudowane jest również jądro naszej Galaktyki. Z kolei skrajna populacja II jest reprezentowana przez gromady kuliste i przez cefeidy krótkookresowe. Wiek tych obiektów szacowany jest na 10, czy nawet 20 mld lat.

Z rozważań tych Galaktyka wysłania się przeto jako układ wielu niezależnych w dużym stopniu podsystemów gwiazdowych, przenikających się nawzajem i poddanych działaniu siły ciężkości układu jako całości. Niektóre z owych podsystemów (skrajna populacja I) układają się na kształt bardzo płaskiego wirującego dysku utworzonego z gigantycznych zwojów spiralnych. Ponieważ obiekty populacji I nalezą do obiektów najjaśniejszych w Galaktyce, one decydują o optycznym wyglądzie Układu Drogi Mlecznej i o jej spłaszczeniu. Inne (skrajna populacja II) stanowią prawie zupełnie nie rotujący, a zatem niemal nie spłaszczony, sferyczny system gromad kulistych. Wreszcie populacje pośrednie, decydujące o masie Galaktyki, ale nie przyczyniające się w sposób zasadniczy do rozkładu „światła”, tworzą systemy zbliżone do mniej lub bardziej spłaszczonych elipsoid obrotowych (zależnie od prędkości swej rotacji). Sytuację tę można schematycznie przedstawić na rysunku, gdzie uwidoczniony jest przekrój Galaktyki płaszczyzną przechodzącą poprzez oś obrotu. Poszczególne populacje (lub podsystemy) reprezentowane są przez elipsy o różnych spłaszczeniach.

Rzeczą bardzo charakterystyczną dla Galaktyki jest brak bliskich spotkań (chodzi tu o ciasne zbliżenia dwu gwiazd, powodujące poważne zakłócenia ich ruchu w ogólnym polu ciężkości Galaktyki) pomiędzy gwiazdami różnych populacji. Wynika to z bardzo małej gęstości przestrzennej gwiazd. Dzięki temu poszczególne podsystemy zachowują właściwy im charakter ruchu praktycznie nieograniczenie długo. Można więc przypuszczać, że aktualnie obserwowane różnice w charakterze ruchu gwiazd należących do różnych populacji (gwiazdy powolne i szybkie) są odbiciem różnic w charakterze ruchów chmur międzygwiazdowych, z których te gwiazdy powstały. Umożliwia nam to wnioskowanie o ruchach obiektów galaktycznych w niezmiernie odległych epokach czasowych.

Odmiennie ma się sprawa, jeśli chodzi o ruchy obłoków materii międzygwiazdowej. Obłoki te mają duże rozmiary i zderzają się stosunkowo często ze sobą: raz na 10 mln lat. Materia międzygwiazdowa nie może zatem przechować w stanie nienaruszonym tych ruchów, które posiadała przed kilkoma miliardami lat. Obłoki materii międzygwiazdowej powinny więc poruszać się po orbitach kołowych, krążąc wraz z innymi gwiazdami populacji I wokół jądra Galaktyki. Jak wiemy jednak, obserwuje się gwałtowne ruchy ekspansyjne tej materii od jądra ku peryferiom. Co więcej, ślady gazu międzygwiazdowego zaobserwować można w dużych odległościach od płaszczyzny galaktycznej, tam, gdzie istnieją tylko obiekty skrajnej populacji II. Nasuwa to przypuszczenie, że w Galaktyce działa jakiś mechanizm podtrzymujący systematyczne prądy materii międzygwiazdowej. Być może, iż istotną rolę gra tu wypadkowe pole magnetyczne Galaktyki.

Obserwacje polaryzacji światła gwiazd zdają się wskazywać, że linie sił pola magnetycznego biegną równolegle do ramion spiralnych. Ramiona te byłyby przeto czymś w rodzaju gigantycznych „rurek” linii sił. Jeżeli ramiona spiralne składają się stale z tych samych kompleksów gazowych, to w wyniku rotacji różniczkowej ramiona spiralne „nawijają się” niejako na jądro galaktyczne. Ulega zatem nawijaniu i pole magnetyczne, co równoważne jest pojawieniu się sił magnetycznych mogących powodować systematyczne przesunięcia gazu międzygwiazdowego. Nawijanie to nie będzie jednak zachodziło, jeżeli kompleksy gazowe nie są trwale związane z danym ramieniem, lecz przepływają przez nie. W tym obrazie ramiona spiralne stanowiłyby falę zgęszczenia w materii międzygwiazdowej. Elementy materii z jednej strony wpływają do ramienia , ulegają zgęszczeniu i wypływają z drugiej strony. Podobnie się dzieje, gdy gwałtowny uskok dna rzeki powoduje prawie nieruchome zafalowanie, składające się w każdej chwili z coraz to innych elementów cieczy. Jak widać, panuje duża rozbieżność w aktualnych poglądach na dynamikę ramion spiralnych.

Innego argumentu przemawiającego za udziałem pól magnetycznych w dynamice systemu galaktycznego dostarczają obserwacje radiowe. Wykryto bowiem, że oprócz pojedynczych radioźródeł „termicznych” i „nietermicznych” istnieje rozciągłe „tło” radiowego świecenia „nietermicznego”, obejmujące całą Galaktykę. W szczególności świecenie to pochodzi z obszaru zajętego przez gromady kuliste (podsystem sferyczny), co świadczy o istnieniu bardzo szybkich elektronów i pól magnetycznych nie tylko w warstwie materii międzygwiazdowej rozciągającej się wzdłuż płaszczyzny Galaktyki, ale również na odległościach kilku lub kilkunastu kiloparseków od tej płaszczyzny. Ponieważ splątane pola magnetyczne wymagają istnienia odpowiednich prądów elektrycznych, wnioskujemy, że i w tych dużych odległościach od płaszczyzny galaktycznej znajduje się rozrzedzony zjonizowany gaz, w którym te prądy płyną. Dochodzimy w ten sposób do pojęcia gazowej korony galaktycznej (halo). Ten sferyczny system gazowy podobny jest – jeśli chodzi o rozmieszczenie przestrzenne – do skrajnej populacji II. Pole magnetyczne odgrywa prawdopodobnie ważną rolę, jeśli chodzi o strukturę korony. Obserwacje optyczne tego gazu są niezwykle trudne, bowiem jego gęstość jest prawdopodobnie około 100 razy mniejsza od gęstości zwykłego gazu międzygwiazdowego. Ostatnio udało się częściowo przebadać rozkład gazu w halo dzięki obserwacjom w linii 21 cm. W szczególności stwierdzono, że coś w rodzaju bardzo rozrzedzonych ramion występuje w odległości do 2 kps od płaszczyzny Galaktyki.

Istnieją podejrzenia, że gazowe halo galaktyczne wiąże się z ekspansją gazu z okolic jądra galaktycznego. Możliwe, że gaz dostaje się do halo z jądra Galaktyki wskutek omawianych już poprzednio wybuchów w jądrze. Ale nie można też wykluczyć sytuacji przeciwnej: materia rozproszona w halo jest wynikiem przechwytywania przez siły grawitacyjne Galaktyki gazu zalegającego przestrzeń między galaktykami. Dalszy spływ tej materii z halo do jądra Galaktyki mógłby być odpowiedzialny za omawiane poprzednio ruchy gazu w jego pobliżu. Po prostu źródłem energii wybuchu mogłaby być energia kinetyczna gazu międzygwiazdowego, spływającego gwałtownie do jądra Galaktyki.

Wszystkie powyższe rozważania są wysoce hipotetyczne. Wymagają one traktowania Galaktyki jako tworu nieustannie przekształcającego się. Właściwe zrozumienie tych zjawisk uzyskamy jednak chyba jednak dopiero z chwilą powstania poprawnej teorii ewolucji Galaktyki jako całości.”

„Astronomia popularna” IV Układ Drogi Mlecznej; praca zbiorowa PW „Wiedza Powszechna” Wyd. II 1972 r.

 

„Kosmologią nazywamy dział astronomii, który zajmuje się badaniem Wszechświata jako pewnej całości.

Od razu zastrzegamy się, że słowo „całość” nie oznacza bynajmniej, iż Wszechświat jest skończony. Zarówno skończony Wszechświat, jak też i nieskończony możemy traktować jako pewną całość chociażby dlatego, że materią we Wszechświecie, gdziekolwiek się znajduje, rządzą jednakowe prawa. Poznawszy te prawa w małym, dostępnym naszym obserwacjom obszarze, możemy je stosować do obszarów dowolnie dużych, także nieskończenie dużych, tym bardziej że współczesna matematyka radzi sobie dobrze z pojęciem nieskończoności w różnych zastosowaniach przyrodniczych. Możemy zatem wyciągnąć wnioski dotyczące Wszechświata nieskończonego z równym stopniem pewności, co i w przypadku Wszechświata skończonego. To, zaś że w pierwszym przypadku mamy przeświadczenie o tym, iż całego Wszechświata nigdy nie będziemy w stanie obserwować , nie odgrywa istotnej roli. Lekarz badający chorego jest również przeświadczony o tym, że nigdy nie będzie w stanie zbadać każdego atomu swego pacjenta; mimo to z tego powodu nie rezygnuje z leczenia. Podobnie biolog nie rezygnuje z badań nad istotą ludzką.

[Kiedy dojrzejecie do Wi{e}dzenia PRAWdziwego, czytaj Wszystkie Wasze za{w}pisy: aRAMejski, eGIPSki, HE{RO}brajski, „Ja{Nie}Ponia-ł” Chiński, K.L.inowe obrazki: d{y/o}mki, ptaszki, „bojowe” figurki, e.t.c. kreseczki, KOLECka, czytaj z prawej do lewej, abo lewej do prawej, od dalszych do bliższych, i odwROoT.nie, z góry do dołu, Nie oddają Nijak wyMiANy z Przestrzenią w której Żyjecie, dalej jakakolWiek  „LicaNościowa” MATEmaTyka w tym Waszym wyDANiU, cytując siebie: {Jak już w temacie nauk, a szczególnie królowej „matematyki”, to „czas” sobie w końcu uświadomić, że nie można matematycznie definiować (opisać) czegoś, czego nie ma (nie istnieje). Nie istnieje zatem coś takiego jak „liczba Zero”.
Historycznie przez wszystkie wieki liczenie odbywało się za pomocą Abaku, w którym nie było zera (jak może być coś, czego nie ma).

Jeśli liczba nie miała jednostek pewnego rzędu, to odpowiednią kolumnę Abaku pozostawiano pustą.

Znaki od 1 do 9 oraz symbol zera są wynalazkiem matematyków indyjskich (prawdopodobnie około pięćsetnego  roku n.e.). Przynieśli je do Europy Arabowie i od ich imienia, a nie od imienia wynalazców nazywamy je cyframi arabskimi. Pisownię liczb przy pomocy nowych znaków rozpowszechnił matematyk włoski LEOnardo Fibonacci, autor dzieła o indyjsko-arabskim sposobie rachowania Liber abaci (Książka o abaku), wydanego w 12 2 r. (zapis Abaku)

Zero nazywa się po indyjsku SUNya (pusty), co odzwierciedla dokładnie, że jest ono symbolem pustego zbioru. Pusty zbiór nie miał w Abaku konkretnego odpowiednika. Zero wkroczyło „nieśmiało” do grona liczb całkowitych (i czas żeby odeszło i nigdy nie wracało).

Przez długi czas arabska nazwa sifr (cyfra) oznacza tylko zero, a więc nie odnosi się wcale do znaków 1, 2, … 9. Znaki zbiorów niepustych mają stosunkowo duże wymiary, natomiast znak zera jest początkowo małą kropką. [JON-Dro]

Od tamtej pory piszą np. „170”, lecz dawniej pisano „17•”.

Stosować coś czego nie ma do Arytmetyki, teorii liczb, zbiorów, tworzyć wykresy funkcji, ciągów, prowadzić obliczenia, wysnuwać teorie, wzory, budować, na tej przesłance teorie, prawa, e.t.c.

Dalej wszystkie układy logiczne bazują na systemie (zero jeden), czyli systemie, który w połowie nie istnieje.

Nauki służą do tego aby definiować, odkrywać, poznawać, etc. tzw. otaczająca przestrzeń (materię), jak można zatem ujmować w zapisie coś, czego nie ma? Dalej niedefiniowalne określenie „nieskończoności” i żeby było lepiej „zaopatrzenie” jej znakiem „+” lub „–”, gdzie już wskazuje to, że określony tym zbiór jest skończony – TorUs (pętla). No gdzie tu w otaczającej nas przestrzeni jest nieskończoność? I jak ktoś chciał ją policzyć, skoro poTOŃ-Ga „n”, określa „n”ieznane, która z matematycznego (logicznego) punktu nie istnieje – nic nie definiuje (nie określa).

„n” wskazuje „n”euTRiALny ciąg DO-Stawu, z którego pewne jednostki odłączą się od ciągu głównego i zaSiLą orGÆNy wewnętrzne, a zNowu jednostki BĘDące w orGÆNie przyłączą się do „n”euTRiALnego ciąg DO-Stawu i opuszczą tEN orGÆN „transPoZycja”, lub w O(K/G}Ule oPuszczą „trans Tiberim” orGÆNizm.

To samo podejście z „stworzeniem” przez człowieka wielu czasów, gdzie żaden w rzeczywistości nie istnieje (tak samo istnieje, jak loty w przestrzeń kosmiczną), opuszczenie sfery planety, ruch w próżni i inne baśnie, żeby bardziej niewolnikom w głowach namieszać. Czas skończyć z głupotą i wyprowadzaniem (ciemnoty) mas na pastwiska.

Święta geometria opisuje Emanację (emerGENcję) Wszechświata. Więc czy to Złoty ciąg, podział, sPIReALa, (co innego oznacza cyfra {wnętrze), co innego liczba {zewnętrzne}, co innego numer {zbiór}), kwiat życia, drzewo, jajo, e.t.c., definiuje powstawanie materii (przestrzeni), poprzez rozmnażanie (podział) komórki. Więc znak „0” (jajo, koło, e.t.c.), wskazuje żeński aspekt, „1” (drzewo, fallus, członek, etc.), wskazuje męski aspekt.

Czas dojrzeć, wyjść z ciemnoty mroku, aby żyć w świetle (powrót do dawnej świetności), mając na względzie historię, aby nie popełnić tych samych błędów i z kretesem (znowu) upaść.

Bene facit, qui ex aliorum erroribus sibi exemplum sumit. – Dobrze czyni ten, kto uczy się na cudzych błędach.}

Zapis:

0 1 2 3 4 5 6 7 8 9
1 0 11 12 13 14 15 16 17 18 19
2 0 21 22 23 24 25 26 27 28 29

jest Fałszywy, ponieważ zGODnie z wytyczną pierwszego W(i)ERs(z)a po znaczku „1” jest znaczek „2” {jak przy tym jednostka „1” pLus jednostka „2” Nie równa się „3” jednostki}, więc praktycznie cały drugi  W(i)ERs(z) Nie powinien mieć miejsca, bo przeczy ciągowi pierwszej linii W(i)ERs(z)a, po sPARoViAniu „10” powinno być „20”, a ten 0-Bł{ą/ę}D jest CELowy, ponieważ ciąg ZAMEKnięty w pętli Fi-BON-AC-ci, sumMuje w pozornym wzROScie „dwie” ostatnie jednostki, dlatego linia W(i)ERs(z)a „1-9 naŚcie-G” jest doDANA. Patrząc teRaz VerTi pionowo na zapis od LEWej pierwszego i niżej pod Nim:
„0 1
1 0”   to jest LUSTrzany (c/M/W)odE (b/P)inarny ZiaRNA, czytaj mNóŻnick przez poDział GENeTycznej z(a)MiANy

FiBON-AC-ci:
FiBia -ae  KoLia, NaSZYJnick.
FiBRA -ae  Nitka, WłÓKNO, 2) Żyła, 3) StRUNa Liry, 4) przen.: stRUNa G-LOSowa.]

W czasach starożytnych i średniowiecznych kosmologia, nie była odrębnym działem astronomii, a to z tego prostego powodu, że astronomowie ówcześni nie domyślali się istnienia czegoś, co jest niedostępne obserwacjom. Kosmologia była wtedy jednocześnie całą astronomią i odwrotnie. Odrębnym działem stała się kosmologia w chwili, gdy zaczęto podejrzewać, iż poza widzialnym światem istnieje świat niedostępny obserwacjom, którym trzeba się zająć chociażby dlatego, że ów świat niewidzialny tak czy inaczej oddziałuje na świat widzialny. Zdaje się, że z chwilą tą było opublikowane „De revolutionibus”. W którym Kopernik pozostawił wprawdzie sferę gwiazd stałych, pośrednio jednak dostarczył astronomom znakomitych argumentów do jej usunięcia z dalszych rozważań kosmologicznych. Zapewne sam dostrzegał te argumenty, bo pisząc o sferze gwiazd stałych, w pewnym miejscu dodaje: „A zatem pytanie, czy świat jest skończony, czy nieskończony, zostawmy do dyskusji filozofom”.

Dyskusja ta trwa do dziś, i to nie wśród filozofów, lecz astronomów, którzy mają niezbędne dane „z pierwszej ręki”. Do nich też należy zapewne ostatnie słowo w tym sporze.

Astronomia starożytna pozostawiła nam jednak w spadku główną myśl wszystkich meto stosowanych dziś zarówno w kosmologii, jak i w tych działach astronomii, w których wszystkich obiektów badanych z tych czy innych przyczyn nie możemy obserwować bezpośrednio, np. w teorii budowy wewnętrznej gwiazd lub w zagadnieniach ich ewolucji. Wnętrze gwiazdy jest w równym chyba stopniu niedostępne naszym obserwacjom, co obszary Wszechświata leżące poza zasięgiem naszych instrumentów. Stąd może rodzi się podobieństwo metod, które tu i tam stosujemy od czasów jeszcze starożytnych, a które polegają na tym, że nasze rozważania zaczynamy od stworzenia czegoś, co w nauce nazywa się modelem.

W naukach ścisłych modelem jest twór naszej myśli, złożony z pojęć geometrycznych lub, ogólniej mówiąc, matematycznych, przy czym każdemu z tych pojęć musi odpowiadać pewna rzeczywistość. Twierdzenie odwrotne nie jest słuszne. Nie każdemu tworowi lub zjawisku musimy podporządkowywać wielkość matematyczną chociażby dlatego, że rzeczywistość jest z reguły bogatsza i bardziej urozmaicona niż wszystko, co jest w stanie stworzyć umysł lub intuicja ludzka i co się znajduje w arsenale jego pojęć matematycznych. Dlatego też w każdym modelu kosmologicznym (lub niekosmologicznym) pomijamy świadomie lub nieświadomie pewne fakty i zjawiska. Jeśli czynimy to świadomie, pomijamy je dlatego, że uważamy za mało istotne w przebiegu danego zjawiska lub zespołu zjawisk. I tutaj dotykamy niewątpliwie „pięty Achillesowej” współczesnej kosmologii i wielu innych nauk teoretycznych, nigdy bowiem nie da się przewidzieć, co w danym zagadnieniu jest ważne i istotne, a co nie. W tej sytuacji zdajemy się najczęściej na intuicję oraz na późniejszą konfrontację naszego modelu z rzeczywistością (z obserwacją lub doświadczeniem).

Kiedyś w teorii kinetycznej gazów zupełnie pominięto wewnętrzną strukturę atomów, traktując je jako jednorodne sprężyste kulki. Uproszczenie takie w wielu dziedzinach fizyki dawało i daje dotychczas dobre wyniki, ponieważ doprowadza do odkrycia wielu nieznanych praw i zjawisk. Tam jednak, gdzie w grę wchodzą zjawiska świetlne, nasze uproszczenie całkowicie zawodzi. We współczesnej kosmologii pomija się często nie tylko strukturę wewnętrzną galaktyk, lecz sam fakt skupiania się materii w oddzielne twory, jakimi są galaktyki. Wszechświat traktuje się jako przestrzeń wypełnioną materią w sposób ciągły tak, jak gdybyśmy wszystkie galaktyki roztarli na proszek i wypełnili nim całą przestrzeń, z tym że gęstość proszku w każdym miejscu byłaby proporcjonalna, do liczby galaktyk w jednostce objętości w danym miejscu Wszechświata. Jak dotąd, takie uproszczenie nikomu nie wydaje się grzechem, aczkolwiek dziś mamy już poważne zastrzeżenia przeciwko takiemu traktowaniu kosmologii, o czym będzie jeszcze mowa w dalszym ciągu naszych wywodów.

Aby stworzyć jakiś rozsądny model, trzeba oczywiście – oprócz odpowiedniego arsenału środków matematycznych – mieć do dyspozycji odpowiedni zasób wiadomości o tym zespole tworów czy zjawisk, które nasz model ma reprezentować. W naszym przypadku w grę wchodzą odpowiednie obserwacje. Ponieważ obejmują one z reguły mniej lub bardziej ograniczony obszar Wszechświata, nasze obserwacje musimy w jakiś sposób „przenieść” na obszary nieznane. Mówiąc ściślej, dokonać tego, co się w nauce nazywa ekstrapolacją, a co w języku codziennym można by nazwać przypisywaniem obszarom nieznanym pewnych właściwości i danych liczbowych ustalonych w obszarach poznanych.

Czytelników mniej obeznanych z matematyką chciałbym poinformować, że ekstrapolacja nie jest zwykłym przenoszeniem „żywcem” pewnych praw lub danych liczbowych, aczkolwiek i takie postępowanie czasami wydaje się słuszne. Takim przenoszeniem jest np. twierdzenie, że cały Wszechświat składa się z atomów i cząsteczek, aczkolwiek stwierdziliśmy to tylko w naszych laboratoriach i pośrednio na Słońcu czy gwiazdach. Mimo to taka ekstrapolacja, z wielu powodów, o których tutaj nie będę mówił, wydaje się całkiem usprawiedliwiona. Jeśli jednak wysuniemy przypuszczenie, że w całym Wszechświecie istoty rozumne mają nasz wzrost i naszą wagę, będziemy oczywiście w błędzie; jego źródłem jest tu brak znajomości praw rządzących ewolucją istot rozumnych. Gdybyśmy jednak wysunęli przypuszczenie, że istoty rozumne we Wszechświecie mają wzrost i wagę proporcjonalną do siły ciężkości panującej na danej planecie, nasza ekstrapolacja wydawałaby się bliższą prawdy – będąc postępowaniem opartym na pewnym prawie, aczkolwiek wcale nie sprawdzonym i być może nawet błędnym.

Zgodność z prawami fizyki, chemii czy biologii obowiązuje również przy tworzeniu modelu, aczkolwiek tutaj tej zasady nie przestrzega się tak rygorystycznie, jakby tego można było się spodziewać i jak to się dzieje w „normalnej” nauce. Bo prawa fizyki czy chemii nie są absolutnie nieomylne, po pierwsze dlatego, że formułują je ludzie, nie bogowie, po drugie zaś i dlatego, że odkrywa się je najczęściej w laboratoriach ziemskich, a więc w warunkach bardzo odmiennych od tych, jakie panują we Wszechświecie.

Nie znaczy to bynajmniej, że powinnyśmy je lekceważyć. Przeciwnie, posługujemy się nimi przy dokonywaniu owej ekstrapolacji, o której była mowa przed chwilą. Na ich podstawie wysnuwamy wnioski o słuszności czy niesłuszności modeli kosmologicznych. Ostrzegamy jedynie przed zbyt ślepym trzymaniem się litery praw fizyki, ponieważ czasami może to uniemożliwić wręcz tworzenie modeli kosmologicznych albo doprowadzić do ogromnych niepotrzebnych trudności. Ostateczną instancją jest tu intuicja kosmologa, który odróżnia prawa o znaczeniu podstawowym od tych, których słuszność można w pewnych warunkach podać w wątpliwość.

W starożytności wszyscy astronomowie odnosili się z niebywałym respektem do pewnego prawa, które – jak im się zdawało – było podstawowym prawem fizyki ówczesnej; ruchy wszystkich ciał niebieskich są ruchami jednostajnymi po kole. Jak się okazało później, owo prawo było niczym nie uzasadnionym dogmatem, a jego przestrzeganie sprawiło wiele niepotrzebnych i opóźniających rozwój astronomii kłopotów. Są dziś kosmologowie, którzy odrzucają prawo zachowania materii we Wszechświecie. Czynią tak, ponieważ tylko to może ich doprowadzić do zbudowania rozsądnego skądinąd modelu kosmologicznego, o czym szerzej będzie mowa później.

Po zbudowaniu modelu następuje druga część pracy, kto wie, czy nie najważniejsza – jego „przymiarka”. Z danego modelu wyciąga się wszystkie możliwe wnioski i sugestie (dotyczące oczywiście tworów i zjawisk tym modelem objętych) i następnie porównuje się je i zestawia z obserwacjami dokonanymi przed powstaniem modelu, jak też i z tymi, które dany model tak czy inaczej sugeruje. Na nieszczęście przeszłość jest najczęściej uboższa w obserwacje niż czasy obecne i przyszłość; ponadto dawne obserwacje są na ogół mniej dokładne i bardziej prymitywne niż obecnie i przyszłe. Dlatego astronomowie najczęściej muszą przeczekać, aż się dokona tych właśnie obserwacji, które sugeruje model, i na ich podstawie orzec, czy jest on dobry, czy zły. Można się wtedy zorientować, w jakim stopniu model odpowiada rzeczywistości, czy nie trzeba w nim dokonać pewnych tylko drobnych poprawek, czy też wszystko razem odrzucić. Zdarza się, iż model sugeruje jakiś nowy rodzaj obserwacji całkiem nie znanych nam obiektów czy zjawisk. Dochodzimy często w ten sposób do odkrycia lub odkryć, które pośrednio zawdzięczamy modelowi, aczkolwiek może się przy tym okazać, że ów model należy odrzucić. Nie szkodzi, model zrobił swoje; odegrał pozytywną rolę w nauce, a o to przecież przede wszystkim nam idzie.

Dotykamy tu bardzo ważnego odcinka działalności naukowej, który wiele ludzi rozumie opacznie i który dlatego wzbudza ogromne kontrowersje, a nawet spięcia dramatyczne: sprawy roli teorii naukowych, w szczególności teorii kosmologicznych, w rozwoju nauki. Używając słowa „teoria”, będę miał na myśli model wraz z całą logiczną jego podbudową i konsekwencjami dającymi się z danego modelu wyciągnąć. W tym znaczeniu zapewne używa się tego słowa w naukach ścisłych w odróżnieniu od modelu, który jest jedynie pewnego rodzaju osnową teorii.

Astronom nie obserwuje na niebie wszystkiego, tak jak fizyk nie robi wszelkich możliwych w jego laboratorium doświadczeń; nikomu na to nie wystarczyłoby ani sił, ani czasu. Wyboru obiektów do obserwacji dokonuje właśnie teoria, która siłą rzeczy kieruje uwagę astronoma do pewnej tylko grupy obiektów i zjawisk. Praca astronoma czy fizyka ogranicza się więc najczęściej do sprawdzania istniejących teorii (i oczywiście do tworzenia nowych). Tym sposobem teorie odgrywają kierowniczą rolę w nauce, aczkolwiek (jak łatwo się domyślić z tego, co powiedziano wyżej) na tym polu popełnia się chyba najwięcej błędów. Są jednak błędy i błędy… Błędy twórcze i szkodliwe. Błędy wynikające po prostu z niedoskonałości natury ludzkiej czy z braku znajomości wszystkich zjawisk i faktów objętych teorią. I błędy wynikające z rozmyślnego lekceważenia pewnych faktów czy zjawisk w imię zgodności teorii z pewnymi z góry powziętymi przekonaniami, nie mającymi nic wspólnego z obserwowaną rzeczywistością…

Analiza błędów popełnianych w nauce jest rzeczą niezmiernie trudną i delikatną. Gdybyśmy istotnie mogli ją przeprowadzić „do końca”, potrafilibyśmy w przyszłości uniknąć wszelkich błędów… Co za niedorzeczna mrzonka! Unikanie jednak prób dokonania analizy naszych błędów jest rzeczą wręcz niedopuszczalną, albowiem prowadziłoby to do stałego powtarzania tych samych błędów, czyli do kompletnego nieuctwa. Po to zapewne studiuje się historię, a w szczególności historię nauk, aby na błędach naszych poprzedników nauczyć się unikania błędów w przyszłości.

W dziedzinie nauk astronomicznych owe błędy można by z grubsza podzielić na dwie grupy. Linia podziału biegnie tam, gdzie umysł ludzki graniczy z naturą; mówiąc inaczej dzieli je to, co dzieli człowieka od przyrody: odmienność właściwości i linii naszego myślenia od drogi „postępowania” przyrody. (kolejny błąd myślowy Autora) Wszystkie poznane i obserwowane zjawiska czy twory musimy przecież jakoś przekładać z języka przyrody na język naszego myślenia i w tym procesie przekładania tkwią źródła największych chyba błędów i skażeń. Jedni zbyt dufni w moc swego rozumu popełniają błędy antropomorfizmu, interpretując sprawy przyrody w języku nazbyt ludzkim, często wręcz egocentrycznym. Ich modele i teorie wychwytują nieświadomie z otaczającego Wszechświata głównie to, co ma swój odpowiednik w świecie ich myślenia i przeżyć, zaniedbując oczywiście wszystko inne. Mimo woli narzucają oni światu pewne cechy, które są właściwe ich tylko sposobowi myślenia, a więc np. obraz ładu i porządku, harmonię i prostotę… Teorie uczonych tego typu mają zazwyczaj doskonałą zgodność wewnętrzną, są konstrukcjami bardzo logicznymi i pięknymi; dlatego oczywiście, że reprezentują w większym stopniu zalety myślenia swych twórców niż właściwości i subtelności świata, który mają odzwierciedlać.

Błędy drugiego rodzaju zdarzają się uczonym zbyt silnie zapatrzonym w to wszystko, co leży „po tamtej” stronie granicy, i przez to lekceważącym w większym lub mniejszym stopniu prawa myślenia ludzkiego. W dążeniu do tego, aby ich teoria możliwie ściśle „przylegała” do rzeczywistości obserwowanej, nie doceniają oni praw fizyki albo zmieniają je w sposób daleko idący. Ich wywody najczęściej opierają się na wielu twierdzeniach stworzonych „ad hoc” dla swego modelu, niekoniecznie należycie sprawdzonych. Najczęściej też ich teorie przeczą temu, co nazywamy zdrowym rozsądkiem, aczkolwiek ten zarzut zasługuje chyba na najmniejszy respekt. Nasz zdrowy rozsądek kształtuje się najczęściej na nauce lat minionych i dlatego jest z reguły czymś bardzo konserwatywnym. Kierowanie się w nauce zdrowym rozsądkiem, jest zatem wysoce niebezpieczne, jak każdy konserwatyzm.

Przytoczony wyżej podział błędów kosmologicznych jest oczywiście próba bardzo naiwną. Głębsza jednak analiza tych zagadnień zaprowadziłaby nas zbyt daleko w kierunku metodologii nauki, którą w tym miejscu nie zamierzamy się zajmować.”

„Astronomia popularna” V Kosmologia; praca zbiorowa PW „Wiedza Powszechna” Wyd. II 1972 r.

 

„Kosmologia starożytna i reforma kopernikańska

Wprawdzie w kosmologii współczesnej pierwotne teorie kosmologiczne odgrywają minimalną rolę, warto jednak z nimi się zapoznać chociażby dlatego, że zasadniczy bieg ich rozumowania niewiele różni od dzisiejszego. Ponadto kosmologia starożytna odegrała dość istotną rolę w dziejach kultury i cywilizacji nardów, a zatem i w kształtowaniu się dzisiejszego obrazu świata.

Pierwsze modele kosmologiczne budowano z myślą o pewnym prawie, które – jak już mówiliśmy – starożytni uważali za podstawowe prawo natury, choć wcale ono nim nie jest. Było nim przekonanie, że wszystkie ciała niebieskie musza się poruszać ruchem jednostajnym po okręgu koła.

Wydaje się, iż prawo to zrodziło się z najprostszych obserwacji ruchu dziennego gwiazd, Słońca i Księżyca na niebie, które jak wiemy, istotnie obiegają niebo ruchem jednostajnym (lub zbliżonym do jednostajnego), jeśli oczywiście ich ruch obserwujemy z jakiegoś punktu na Ziemi.

Zasadę tę zachowano również i wtedy, gdy odkryto, że niektóre planety nie poruszają się tak jak Księżyc czy gwiazdy; zachowano z wielką dla właściwego rozumienia ruchu planet, a jednocześnie z pewną korzyścią dla ówczesnych możliwości matematycznego ujęcia całości zagadnień astronomii.

Chodzi o to, że astronomowie starożytni wykorzystali pewne twierdzenie, którego słuszność udowodniono dopiero w XIX w., mianowicie słynne twierdzenie Fouriera. Orzeka ono, że każdy ruch periodyczny (powtarzalny, okresowy) można przedstawić w formie sumy nieskończenie wielu ruchów jednostajnych kołowych. Ponieważ w praktyce nigdy nie osiągamy dokładności idealnej, nie mamy potrzeby posługiwania się nieskończenie wieloma ruchami kołowymi, ograniczając się do jednego, dwóch lub najwyżej trzech, zależnie od dokładności naszych obserwacji. Tak też postępowali starożytni.

Dla czytelników, którzy dotychczas się nie zetknęli z twierdzeniem Fouriera, podaję krótkie jego wyjaśnienie wraz z zastosowaniem do zagadnienia opisu ruchu planet. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności ruchy planet są bardzo zbliżone do jednostajnych ruchów kołowych, z tym że w środku tych kół znajduje się Słońce, nie Ziemia, jak to przypuszczali starożytni. Nie przeszkadzało im to jednak w stosowaniu twierdzenia Fouriera, gdyż spełnione było jego założenie: ruch planet obserwowany z Ziemi jest bardzo zbliżony do periodycznego, ponieważ jest „sumą” periodycznego ruchu Ziemi wokół Słońca i ruchu planety wokół tegoż Słońca, który to ruch jest również periodyczny. I nawet jeśli w istocie rzeczy okresy tych ruchów są niewspółmierne, w świetle praktycznych obliczeń zawsze można znaleźć dostatecznie dobre przybliżenie, w którym oba okresy zmieszczą się całkowitą liczbę razy. Ten właśnie odstęp czasu można potraktować jako wielokrotność obu okresów, a więc okres „sumy” ruchów, którą obserwujemy, będąc obserwatorem na Ziemi.

Uprośćmy sprawę, zakładając, że ruch planet i Ziemi odbywa się w tej samej płaszczyźnie, co z jednej strony jest bliskie prawdy, z drugiej zaś strony wcale nie zmniejszy ogólności naszych wywodów. Obserwując ruch kołowy w płaszczyźnie tego ruchu (z Ziemi) będziemy mieli to, co w fizyce nazywa się ruchem harmonijnym, a co przypomina ruch końca bardzo długiego wahadła. Jeśli pod wahadło podłożymy jednostajnie przesuwający się papier, ostrze wahadła wykreśli na nim krzywą zwaną sinusoidą.

Przejdźmy obecnie do twierdzenia Fouriera, które głosi, że każdą krzywą okresową można przedstawić jako sumę nieskończonej liczby sinusoid, oczywiście odpowiednio dobranych. Innymi słowy, ruch każdej planety, obserwowany z Ziemi, można przedstawić jako sumę ruchów kołowych o różnych okresach i różnych promieniach kół. Liczbę ruchów uzależniamy od dokładności obserwacji. Tak np. krzywą o której mowa wyżej możemy dość dobrze zastąpić sumą trzech sinusoid – jednej o okresie 100 dni i amplitudzie 1,00; drugiej o okresie 50 dni i amplitudzie 0,17 i trzeciej o okresie 33 dni i amplitudzie 0,20.

Powróćmy obecnie znowu do spraw astronomii. Jak wiemy, planety obiegają Słońce po krzywych bardzo zbliżonych do kół i mających środek w Słońcu. Te koła praktycznie biorąc leżą w jednej płaszczyźnie.

Przenieśmy obecnie układ odniesienia – zgodnie z przekonaniami astronomów starożytnych – do środka Ziemi. Wobec tego do obserwowanego ze Słońca ruchu planety musimy obecnie dodać ruch Ziemi wokół Słońca. W wyniku takiego dodawania ruchów otrzymamy ruch planety po kole o promieniu r (koło to zgodnie z terminologią starożytną nazwiemy epicyklem), którego środek opisuje koło o promieniu R, mającym za środek Ziemię. To drugie koło nazwano w starożytności deferentem.

Dobierając odpowiednio rozmiary względnie obu kół, czas obiegu planety po epicyklu i czas obiegu środka epicyklu po deferencie, można uzyskać doskonałą zgodność teorii z obserwacją, przy założeniu oczywiście, że orbity planet są kołami.

Wiemy wprawdzie, że założenie to nie jest ściśle spełnione, ale astronomowie starożytni umieli sobie z tym poradzić z pomocą dodatkowych kół.

Nie wchodząc zbyt szczegółowo w dość zawiłą geometrię kosmiczną owych czasów, przytoczę tylko interesująca metodę przedstawiania ruchu eliptycznego za pomocą dwóch ruchów kołowych, stosowaną w astronomii geocentrycznej. Wyobraźmy sobie, że środek koła K1 obiega koło K. Punkt P na kole K1 obiega je w kierunku przeciwnym z taką samą prędkością kątową, z jaką środek K1 biegnie po kole K. Wypadkowy ruch punktu P będzie bardzo zbliżony do ruchu po elipsie przedstawionej linią przerywaną. Nie jest to wprawdzie elipsa w dokładnym znaczeniu tego słowa, jednak kształt krzywej bardzo przypomina elipsę i krzywą tę można uznać za elipsę, jeśli dokładność naszych obserwacji nie jest zbyt dużą.

Dodając coraz to nowe koła do już istniejącego układu, można coraz to bardziej doskonalić model, to znaczy czynić go coraz bardziej zgodnym z obserwacją. Z biegiem czasu nieustannie ulepszanie modelu przez wprowadzenie dodatkowych kół ogromne skomplikowało całą maszynerią świata. Wtedy jednak, gdy model geocentryczny wprowadzono do astronomii, krok ten był niewątpliwie triumfem nauki, prawdziwym postępem w astronomii.

Można by wprawdzie zarzucić modelowi geocentrycznemu, że fałszywie umieścił Ziemię zamiast Słońca w środku układu planetarnego. Otóż owa „fałszywość” jest istotnie błędem, ale tylko w rozumieniu starej mechaniki newtonowskiej. W świetle fizyki dzisiejszej nie ma w tym żadnego błędu. Natura nie wyróżnia żadnego punktu we Wszechświecie. Nie ma w nim żadnych układów uprzywilejowanych, jak to dawniej myślał Newton. Jeśli zatem wybór układu pozostaje w zakresie wolnej woli człowieka, naturalne wydaje się, iż wybiera układ umieszczony w jego oku. W pewnej chwili układ taki może się co prawda stać bardzo niewygodny, po pierwsze dlatego, że ruch planet odbywa się po elipsach, nie kołach. Opisywanie w układzie geocentrycznym ruchu eliptycznego jest rzeczą niezmiernie skomplikowaną, lecz wcale nie błędną. Po drugie, model geocentryczny byłby ogromnie niewygodny przy tworzeniu zasad dynamiki ruchu ciał w układzie planetarnym. Jednakże i z tego punktu widzenia nie byłby on modelem błędnym. Współczesna dynamika nie wyróżnia żadnego układu we Wszechświecie (wbrew temu, co twierdził Newton i do czego jeszcze powrócimy). Wolno nam zatem i dziś uczynić Ziemię początkiem układu współrzędnych, tworząc geocentryczną dynamikę ruchów ciał w układzie planetarnym, tak jak Newton w swoim czasie stworzył dynamikę heliocentryczną. Nie bylibyśmy wcale w błędzie, mielibyśmy jedynie znacznie więcej kłopotów i trudności matematycznych niż w przypadku dynamiki heliocentrycznej.

W świetle jednak mechaniki newtonowskiej układ geocentryczny był niewątpliwie układem złym, ponieważ nie był wyróżnionym przez naturę układem tzw. inercyjnym. Układ heliocentryczny jest znacznie bardziej zbliżony do owego ideału newtonowskiego, w którym obowiązują prawa mechaniki klasycznej. Niestety jednak, pojęcie układu inercyjnego dawno już stało się archaizmem w sensie przyrodniczym (pozostając pewną wygodną koncepcją metodologiczną o ograniczonym zakresie stosowalności, wprowadzającą jednak niektórych ludzi w błąd).

Ta krótka dygresja nie ma oczywiście na celu jakiejś rehabilitacji modelu geocentrycznego, której moim zdaniem wcale on nie potrzebuje. Chodzi jedynie o to, żeby na tę sprawę mieć pogląd współczesny, nie osiemnastowieczny, który dominował i niestety niekiedy dominuje jeszcze w szerokiej opinii publicznej.

Model geocentryczny w pewnym okresie zaczął utrudniać doskonalenie teorii nie tylko z powodu wybrania niewygodnego pod wielu względami układu odniesienia, lecz głównie dlatego, że zakładał istnienie we Wszechświecie wyłącznie ruchów jednostajnych po okręgu koła. A to z kolei zmuszało astronomów do wprowadzenia do modelu coraz to nowych kół. W czasach Kopernika „machina świata” składała się aż z 79 sfer, a mimo to najwyraźniej szwankowała. Bo z niebem to trochę jak z zegarem. Niedokładność jego pracy nie rzuca się w oczy tuż po jego puszczeniu w ruch, lecz dopiero potem, w kilka dni lub tygodni, kiedy stosunkowo małe odchylenia zdążą się „zsumować” i dać wyraźny efekt. Model geocentryczny „pracował” bardzo dobrze w pierwszych stuleciach po jego „puszczeniu w ruch”. Dopiero później, w czasach średniowiecza, ujawniły się jego niedomagania.

Nowy impuls astronomii (i całej nauce) dał niewątpliwie Kopernik. Wiemy wszyscy, co wniósł ów wielki uczony do astronomii. „Wstrzymał Słońce, ruszył Ziemię” albo, mówiąc językiem współczesnej fizyki, spróbował całą kosmologię przedstawić w innym niż dotychczas układzie odniesienia. W układzie, którego początek umieścił w Słońcu, a nie jak dotychczas – w środku Ziemi. Krok ten pozwolił Kopernikowi wyjaśnić wiele rzeczy niezrozumiałych i nie znanych dawniej oraz ogromnie uprościć całą machinę świata. Czyniąc to, musiał się Kopernik wyrzec wszystkiego, co z punktu widzenia geometrii stanowiło kwintesencję układu geocentrycznego i co było jego niewątpliwą zaletą formalną: zasady Fouriera, o której była poprzednio mowa, a której zalet Kopernik nie mógł nie docenić, będąc jednocześnie znakomitym matematykiem.

Kopernik nie potrafił jednak całkiem wyrzec się nauki starożytnej, zachował bowiem ślepą, acz fałszywą, wiarę w to, że ruchy ciał niebieskich są ruchami kołowymi jednostajnymi. Obalenie tego poglądu nastąpiło dopiero w wyniku żmudnej i niewdzięcznej pracy Johanna Keplera badającego ruch Marsa na podstawie wieloletnich obserwacji Tychona Brahe.

Powróćmy jednak do Kopernika, którego słynne „De revolutionibus” zawiera wyczucie innej prawdy, głębszej, bardziej zasadniczej, mającej po dziś dzień nieprzeciętne znaczenie nie tylko w naukach ścisłych, lecz również w filozofii przyrody. Mam tu na myśli zasadę względności ruchu, sformułowaną w sto lat po śmierci Kopernika przez Galileusza w jego „Dialogu”. Bo przecież Kopernik pierwszy w dziejach nauki przeniósł układ współrzędnych z jednego punktu świata do drugiego i potrafił przewidzieć konsekwencje tego postępowania w dziedzinie ruchu, aczkolwiek samej zasady nigdzie nie sformułował. Ponieważ zasada ta odgrywa olbrzymią rolę w kosmologii współczesnej, zajmijmy się nią na jakimś prostym przykładzie.

Wyobraźmy sobie pasażera jadącego w wagonie i podrzucającego piłkę pionowo w górę. Dla pasażera i jego sąsiadów ruch piłki jest niewątpliwie ruchem prostoliniowym (choć niejednostajnym). Natomiast naczelnik stacji mijanej przez pociąg widzi ten ruch jako ruch po linii krzywej.

Relacje tych dwóch panów o ruchu piłki będą oczywiście różne, lecz obie prawdziwe. Ktoś trzeci, obserwując piłkę np. z Księżyca, jeszcze inaczej opisze jej ruch i też będzie miał rację.

Nie ma więc jakiegoś jednego, bezbłędnego czy lepszego układu odniesienia dla opisu zjawisk przyrodniczych. Mamy w zasadzie tyle opisów ruchu, ilu jest obserwatorów, a każdy opis będzie prawdziwy.

Ktoś mógłby powiedzieć, że jeden z tych opisów jest „lepszy” od innych dlatego, że jest prostszy, mianowicie opis podany przez pasażera. Owszem, ale ta wyższość nie jest wyższością w sensie przyrodniczym, jedynie w sensie „ludzkim”. Naturę nie interesuje przecież, jak człowiek opisuje jej zjawiska, natura nie przekłada prostej nad krzywą. Czyni to tylko człowiek, robiąc pewien kompromis na rzecz naszej ludzkiej metody myślenia. Dlatego wiara w istnienie pewnych przez naturę uprzywilejowanych układów jest po prostu grzechem antropocentryzmu. W dziedzinie kinematyki grzech ten zmazano jeszcze za czasów Galileusza. W innych dziedzinach dokonał tego Einstein.

Takie właśnie sugestie nasuwała reforma kopernikańska. W świetle płynących z niej wniosków nie może się wydawać dziwne usunięcie sfery gwiazd stałych z późniejszych rozważań astronomicznych. Bo jeśli istotnie Ziemia w ciągu doby wykonuje pełny obrót, obserwowany przez nas ruch dzienny gwiazd będzie taki sam niezależnie od tego, czy gwiazdy leżą w jednakowych odległościach od nas, czy w różnych. Sfera gwiazd stałych staje się więc czymś zupełnie zbędnym. Aczkolwiek Kopernik definitywnie jej nie usunął, dokonała tego sama jego koncepcja.

Tak to za sprawą Kopernika znaleźliśmy się w nie znanym jeszcze, lecz olbrzymim, może nawet nieskończonym Wszechświecie nowożytnym. Zmiana ta nie mogła się nie odbić głośnym echem w całym światopoglądzie ówczesnym, co jak wiemy, spowodowało wiele zaburzeń i spięć dramatycznych na całym świecie.

„…Kopernik zastał arystotelesowsko-ptolemejski pogląd na kosmos. Jego cechami były geocentryzm, hierarchizm i bezwzględność – znakomite rusztowanie dla spetryfikowanej teologii. Ziemia była środkiem i dnem wszechświata i przez to samo miejscem szczególnie wyróżnionym, kosmicznym ściekiem zła, padołem płaczu. Kosmos ptolemejski moglibyśmy nazwać kameralnym, zamkniętym dokoła Ziemi i jakby dla niej stworzonym. Planety i konstelacje zdawały się po to istnieć, aby kształtować swym wpływem astralnym dusze ludzkie i wypadki ziemskie. Wszechświat był statyczny: mechanizm doskonały i nie zużywający się, który trwać będzie wiecznie. Był zbudowany hierarchicznie: „ na dole” świat podksiężycowy – najprzód Ziemia, potem coraz to doskonalsze elementy: woda, powietrze, ogień – „na górze” sfery coraz wyższe, aż po kryształowe „primum mobile”, a potem „empireum” – hierarchia sfer anielskich, cherubinów i serafinów. Na niewzruszalności ziemskiego dna opierała się bezwzględność przestrzeni wszechświatowej. Regularna struktura kosmosu nadawała mu cechy organicznej jedności. Makrokosmos miał więc być analogonem mikrokosmosu – człowieka – żywego organizmu…” (J. Wasiutyński „Kopernik” (1938 r.), str. 543.)

To wszystko usunął Kopernik, przenosząc układ odniesienia z Ziemi do Słońca. Nie dziwmy się, że jego reformę astronomii tak często nazywamy rewolucją.”

„Astronomia popularna” V Kosmologia; praca zbiorowa PW „Wiedza Powszechna” Wyd. II 1972 r.}

Pozostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *